Harmider zwany życiem


Nie jestem typem rannego ptaszka. Zdecydowanie wolę siedzieć po nocach i coś tam sobie dłubać nad projektem niż wstawać skoro świt. Od dawna jednak nie budzi mnie już dźwięk budzika ustawionego na ostatnią chwilę. Ze snu wyrywa mnie szmer upadającego na podłogę palmo-podobnego kwiatu (o kurde, nie wiem czy to przez niewyspanie, ale zszokowało mnie, że odmienia się kwiatu a nie kwiata). Nie jest to przyjemny dźwięk, bo natychmiast przypomina Ci wszystkie błędy wychowawcze jakie popełniłeś w stosunku do kota. Wstaję więc, zataczam się zachwiany widokiem niedorzecznie wczesnej godziny na zegarku, omijam dostawkę do łóżka, (która w oczekiwaniu na dzidzię, mimo naszych wyraźnych sprzeciwów, stała się kocim domkiem) i idę do kuchni. A jakże, zanim choćby pomyślę o swoim śniadaniu trzeba nakarmić kota, dla niego przecież to jest środek dnia i działa już na pełnych obrotach. Wielki cwaniaczek, ranny ptaszek, szkoda że jak ja idę do pracy to on sobie odsypia, ale mniejsza. Nakładam zdrowej, zagranicznej, zamawianej z internetu karmy do pięknej porcelanowej miski, a w zamian dostaję spojrzenie mówiące "tylko na tyle Cię stać?". Nawet mnie nie wkurwiaj. To jest specjalnie wyselekcjonowana mieszanka składników dostosowana wprost do Twojej rasy, postury i wieku - i wiesz co? - widzę, że sierść Ci się poprawiła w stosunku do Twojego epizodu życia na dworzu i spania pod autami, więc skoryguj ten wzrok natychmiast i okaż trochę.. a z resztą. Sam już zgłodniałem. Zabieram się więc za robienie swojego śniadania. Niestety nie korzystam z idealnie skomponowanych mieszanek składników dla swojej rasy, postury i wieku, ale przecież nie można mieć wszystkiego, prawda? Wbiję dwa jajka na patelnię, chwilę poczekam, na talerzu uzupełnię je bułką z pomidorem i pora na prysznic. Jeszcze mokry zaczynam prasować koszulę, w międzyczasie ubieram skarpetki i spodnie, tym sposobem tocząc nierówną walka z uciekającym czasem. Próbując utrzymać resztki kontroli nad tym porankiem co chwilę wołam do Małgosi - która godzina? Słyszę, że w pół do. W myślach odpowiadam szpetnym przekleństwem, zakładam drugą skarpetkę, przechodzę z żelazkiem do rękawa i krzyczę - a teraz? 35 po. Kurwa, jakim cudem? Minęło 5 minut? To już nawet nie jest śmieszne, dobra, po co mi wyprasowany drugi rękaw, nikt nie zauważy. Wybiegam na parking, do auta mam minutę, ale i tak mijają 3 i zanim ruszę jest już za 20. Znowu.


Tak zwany międzyczas spędzam w pracy, gdzie tempo poranka wydaje się być błogim relaksem. 8 godzin spędzonych w szeregach młodego i dynamicznego zespołu mierzącego się z rozwojowymi wyzwaniami wywleka mi mózg na lewą stronę i nawet dzwoniąc gdzieś w sprawach prywatnych przedstawiam się firmową formułką. Cytując klasyka, nie ma dnia bez ostrej rury. 


Chwilę po 17 jestem z powrotem w aucie, odczekuję kilka minut zanim ruszę zbierając pogubione myśli dotyczące mojego życia poza pracą i odganiając te natrętne dotyczące pracy. Kiedy jestem względnie poukładany dzwonię do narzeczonej i łapiemy się gdzieś na mieście, żeby zjeść coś przed powrotem do domu. Słucham jej w milczeniu powoli jeszcze otrząsając się z postetatowego otumanienia zanim dam się wciągnąć w rozmowę. Godzina/dwie mijają nam na beztrosce i wracamy do naszego ukrytego laboratorium. Po przejściu szeregu zabezpieczeń biometrycznych otwierają się wrota i najpierw jest powitanie z kotem, które polega na powstrzymywaniu podejrzliwości i głaskaniu. W końcu jakiś niepasujący do otoczenia detal przyciąga uwagę, któregoś z nas i spiętrzona podejrzliwość nabiera podmiotowości w postaci odgryzionej łodygi kwiatu czy czegoś podobnego. Moje spojrzenie mówiące musisz, serio? spotyka się z kocim spojrzeniem mówiącym co dzisiaj na kolację? Trwający chwilę dysonans kończy moje złożenie broni i zaserwowanie specjalnie wyselekcjonowanej mieszkanki składników do porcelanowej miseczki. Idę do łóżka i otwieram komputer. Sprawdzam wiadomości na fanpage, zamówienia na stronie, odpisuję na maile i siadam do sekcji blog. Harmider zwany życiem dalej dźwięczy mi w uszach, więc nie szukając inspiracji zbyt daleko przelewam myśli na wirtualną kartkę.

Gapię się od 10 minut na to co napisałem i myślę o czym to właściwie jest. W sensie, fajnie że coś w końcu napisałem, niech ta stronka żyje, ale przecież miała dotyczyć marki odzieżowej, a nie moich śniadań, kocich śniadań i całej reszty. Wymyśliłem jednak puentę, gotowi? Każdy z nas ma swój harmider, tysiąc spraw na głowie i milion bodźców dookoła. Życie każdego dnia zasypuje nas nagłymi wypadkami domagającymi się poświecenia uwagi. W takim pędzie łatwo zapomnieć o tym co dla nas ważne. O celach, wartościach, ideach. Sfera materialna coraz bardziej marginalizuje duchową. Łatwo tu o konflikt, łatwo o radykalizm, a trudno o złoty środek. A to nie o to chodzi. Oby dwie sfery są tak samo ważne. Konsumpcja póki nie jest bezmyślna daje dużo przyjemności i potrzebnej gratyfikacji za ciężką pracę. Tu i teraz. Kontemplacja wyższych wartości pozwala nam wzrastać i stawać się lepszymi ludźmi, ale w nadmiarze odsuwa nas od tego zwykłego życia, które wydarza się tuż obok. Jeśli na koniec dnia, kiedy harmider wreszcie ucichnie, macie jeszcze siłę wrócić myślami do swoich celów, wartości, idei i zrobić ruch w ich kierunku, to jest okej. Dla mnie to jest HLS, połączenie dwóch światów i sposób na realizację zarówno w sferze materialnej jak i duchowej. Wzory symbolizujące wyższe wartości umieszczone na ubraniach, które są dobre jakościowo i dają tę konsumpcyjną przyjemność z posiadania czegoś ładnego. Nie mogę się doczekać, aż pokaże Wam zimową kolekcję, zanim to jednak nastąpi piszę Wam o swoim harmidrze i zwykłej codzienności, bo każda cegiełka tutaj dołożona to krok w dobrym kierunku.


0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie