• Małgosia

Lato w lesie


Z natury jestem raczej mieszczuchem, lubię gwar głównych ulic w centrum miasta oraz klimat wyłaniających się z nich wąskich uliczek, w których poukrywane są małe kawiarenki, galerie sztuki i dobre puby. Prędzej spotkacie mnie w jakiejś hipsterskiej galerii sztuki na jakimś super fancy wernisażu popijającą czerwone wino i toczącą żewną dyskusję na temat sztuki, której do końca nie rozumiem niż w namiocie w lesie. Chłonę te wszystkie atrakcje, które oferuje mi miasto - biblioteki, festyny, festiwale, kameralne kina, teatry, galerie. W zasadzie gdyby nie fakt, że mieszkam w mieście i mam możliwość smakowania różnych kuchni świata w zasięgu ręki to pewnie spędzałabym jakiś ułamek czasu robiąc to, czego nie lubię - gotując, a co za tym idzie jakość mojego życia (prawdopodobnie również zdrowia, nie tylko psychicznego) uległaby pogorszeniu. Miasto jest dla mnie w pewnym sensie wybawieniem, jesteśmy ze sobą niezmiernie zsynchronizowani, żyjemy w symbiozie - wzajemnie z siebie korzystamy. Już jako dziecko wyobrażałam sobie ,,dorosłą siebie'' mieszkającą w apartamencie na jednej z tych hucznych paryskich ulic, na najwyższym piętrze, w dużym, aczkolwiek minimalistycznym mieszkaniu z balkonem, na który w każdej chwili można wyjść wraz z sąsiadami, zapalić papierosa i w spokoju spoglądać w miasto w oparach papierosowego dymu. To tylko młodzieńcze, romantyczne fantazje, w których ,,małoletnia ja'' nie brała pod uwagę tego, że nawet mieszczuchy miewają swoje limity i momenty, w których miasto zaczyna ich męczyć oraz takie, w których muszą naładować swoje baterie gdzieś na zupełnym odludziu, z daleka od zgiełku miasta. I wtedy na ratunek przychodzi im prastary, poczciwy las wraz z całym wachlarzem różnorodnej przyrody, która koi i leczy.


W tym roku skrawek wakacji spędziliśmy w lesie, z dala od ludzi i miejscowych dramatów. Nie były to typowe wczasy pod namiotem, nasze zdecydowanie miały bardziej luksusową oprawę. Mieliśmy okazję przez kilka sierpniowych dni pomieszkiwać w domku na drzewie. Takim, o którym gorliwie marzyliśmy w dzieciństwie. Dorosłość w końcu jest od tego, aby spełniać swoje dziecięce marzenia i być dla siebie swoim ulubionym rodzicem, nie? Domek był jak z bajki, wystrugany od stóp do głów z drewna, a na jego dachu mieścił się sporych rozmiarów taras otulony koroną olchy, która od czasu do czasu delikatnie muskała nas swoimi listkami po opalonym ciele. I w zasadzie już sam domek był na tyle magiczny, że nie trzeba było z niego wychodzić, żeby wypocząć. Jego okna były niebagatelnych rozmiarów, co dawało niesamowite wrażenie, iż mieszkamy dosłownie pośród drzew.



Ale to nie koniec magii, magia promieniowała dużo dalej niż drewniane ścianki tej niewielkiej konstrukcji. Dookoła domku rosły przepiękne drzewa iglaste, w których toczyło się życie dużo mniejszych stworzeń, za domkiem wyłaniał się potok, z którego nierzadko dochodził nas tzw. ,,plusk'' wskakującej do niego jednej z przydomowych żab, kilkadziesiąt kroków dalej usypano prywatną plażę, na której z drzewa zwisała drewniana huśtawka dla zakochanych w sobie do szaleństwa par. Nie wspominam o leżakach, hamakach, ognisku, ławeczkach i wszelkiej, leśnej, nienachalnej oraz ultra klimatycznej infrastrukturze. To wszystko w swej prostocie stanowiło spójny element leśnej przestrzeni. Las rozkładał miasto na łopatki, bez dwóch zdań. Magia miasta nie ma szans konkurować z magią lasu. Miejsce, w którym wycina się wszystko, co rosło pierwsze, aby człowiek mógł zaprojektować je od nowa, po swojemu, nie ma prawa się równać z tym, co człowiek dokonał we współpracy z boską przyrodą, oddając przy tym należyty jej szacunek. Codziennie rano budził nas śpiew ptaków oraz promienie słoneczne dyskretnie wchodzące przez ogromne okna, a przed drzwiami już czekał piknikowy koszyk, w którym przygotowane było dla nas śniadanie.


Naszym jedynym ,,problemem'' na tym odludziu, zaraz po wstaniu z łóżka było podjęcie decyzji, gdzie je zjemy, ponieważ pięknych miejsc na celebrowanie posiłków nie brakowało, a nasze dni w lesie były policzone. Głównie wybór padał na taras albo plażę, bo te dwa miejsca bardzo szybko znalazły się w puli naszych ulubionych. Po pysznym śniadaniu, delektowaliśmy się ciszą oddając się całkowicie literaturze - ja czeskiej, Paweł rosyjskiej. W mieście zbyt szybko dajemy się ponieść jego naturalnemu biegowi i często zapominamy o czytaniu książek. W lesie jest inaczej, tutaj nic nas nie rozprasza, a czytanie w tak pięknym miejscu sprawiało nam wielką frajdę, dużo większą niż czytanie w zatłoczonych autobusach. Bez problemu udało nam się skończyć nasze lektury i zrobiło nam to smaka na kolejne. Dni mijały na lataniu boso po wilgotnej, nieskoszonej trawie, na długich rozmowach, ogniskach i beztroskim przebieganiu przez ogrodowe zraszacze. Byliśmy bliżej natury i nie chcieliśmy, żeby ten zielony sen się kiedykolwiek skończył. I gdyby nie trzykolorowy kot, który w naszej wyobraźni umierał z tęsknoty za nami (co później okazało się nieprawdą) to prawdopodobnie zostalibyśmy tam dłużej. Definitywną różnicą między miastem, a lasem jest to, że w mieście się bywa, a w lesie się jest. Całym sobą, każdym pierwiastkiem duszy i ciała. Człowiek w lesie czuje się swobodniej, bardziej naturalnie, las od Ciebie za dużo nie wymaga, właściwie tak długo jak nie wadzisz otaczającej Cię przyrodzie tak długo las się Tobie nie przygląda. Pozwala Ci być elementem swojej przestrzeni, bo nie zapominajmy, że my ludzie też jesteśmy ożywieni - jak przyroda. I w zasadzie pasujemy tam dużo bardziej niż gdziekolwiek indziej. Miasta to sztuczne twory, w których spełniamy nasze sztuczne ambicje, popijając te czerwone wino i dyskutując na tematy, o których nie mamy pojęcia. I wmawiamy sobie i innym, że jesteśmy wyżej niż zwierzęta czy rośliny, że władamy nimi, zapominając przy tym, że jesteśmy niczym więcej jak składową przyrody ożywionej.

0 komentarz

*To find out what the "S" stands for check a clothing label.

  • Instagramik
  • Czarny YouTube Ikona