Psychodeliczna trzeźwość


Kiedyś trzy wymiary i trzy stany skupienia z powodzeniem wystarczały mi by opisać świat wokół siebie. Jak to się mówi, wszystko było prostsze. Problemy były gdzieś daleko, horyzonty były szerokie, a myśli jakie mi towarzyszyły wydawały się być głębokie. Przyszłość była oceanem możliwości, płynnie zmieniała kształty w zależności od moich aktualnych o niej wyobrażeń. Przeszłość była wtedy litą skałą, wspomnień było mało a wszystkie świeże i namacalne, tuż na wyciągnięcie ręki. Z kolei każdy kolejny dzień, wówczas teraźniejszy, ulatywał mi nie wiadomo na czym nie wiadomo gdzie - puf! - i nie ma. Te trzy wymiary i trzy stany skupienia nie pamiętam kiedy się pomieszały i przestały wystarczać do opisu coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości. Najbliżsi zeszli na dalszy plan, parę osób ironicznie życzyło mi szerokiej drogi, a moje idealistyczne ambicje i wyobrażenia z głębin oceanu możliwości osiadły gdzieś na mieliźnie wykonalności. Nagle wczoraj zaczęło zlewać się z przedwczoraj, dziś nabrało toporności i ciężaru wymagających niezgrabnej gimnastyki, żeby je przebrnąć, a jutro przestało się liczyć kompletnie i wyparowało. Marzenia prysnęły jak bańki mydlane ustępując miejsca rozgrzebywaniu i koloryzowaniu przeszłości oraz pokonywaniu teraźniejszości. Trochę dramatyzuję, ale wiecie o co chodzi.

Z wiekiem w kolorowym świecie zaczynamy skupiać uwagę na skali szarości, bo to takie dorosłe. Mówimy sobie - myśląc że to brzmi jakbyśmy się znali na rzeczy - świat nie jest czarno-biały, jest wiele odcieni szarości. Pomaga to jakoś zaakceptować moralną obłudę, w którą z czasem brnie się coraz głębiej, przy okazji, całą tę piękną paletę barw życia, marginalizując i sprowadzając do szaroburego gradientu codziennych dylematów. Taki wtórny daltonizm, efekt postrzegania tylko wycinka rzeczywistości i nadmiernego skupiania się na nim. Oddalania się od wartości, które powinny być najbliższe. A przecież to co najważniejsze często jest też najprostsze. Szczęście nie wymaga ani analizy, ani kategoryzowania, ale mózg nie potrafi oprzeć się takiej pokusie. Przynajmniej mój.


Skutkiem tej postępującej gmatwaniny zwanej życiem była szybka i bolesna utrata adekwatności wszystkich moich sterylnie uporządkowanych opisów rzeczywistości. Taniec trzech stanów skupienia w obrębie trzech wymiarów nabrał takiego tempa, że wyodrębnianie poszczególnego ułożenia figur stało się bardzo problematyczne. Nie traciłem jednak zapału, w końcu kochałem zabijać sens ubierając go w słowa. Dlatego, mimo że nie ma to żadnego sensu, ani przydatności, opracowałem sobie zestawienie trzech chronologicznie ułożonych etapów swojego życia i przyporządkowałem im metaforyczne reprezentacje w postaci trzech stanów skupienia.



Ciekły

Choć najodleglejsza przeszłość powoli zlewa się w jedno a rozpływające się kontury zdarzeń utrudniają rozróżnianie kształtów i ułożenie elementów w spójny obrazek, to jedną rzecz pamiętam z dzieciństwa wyraźnie. Ciągnęło mnie do wody. Moją, chyba pierwszą w życiu, w pełni autonomiczną i niesugerowaną przez nikogo decyzją, było pójście na basen. Jak poszedłem pierwszy raz tak chodziłem przez kolejne 6 lat. Do dziś nie wiem skąd ten pomysł się znalazł w mojej głowie, ale w jakiś sposób zdefiniował dużą część mojego dzieciństwa. Pływałem całą podstawówkę i w wodzie, i w myślach. W międzyczasie jednak zaczęło mnie ciągnąć do innego żywiołu.


Gazowy

Również w podstawówce zacząłem bawić się zapałkami na wszelkie możliwe sposoby. Wychodziłem z kolegą na dwór, najpierw zrzucaliśmy się na karton zapałek (10 paczek chyba za złotówkę), później chodziliśmy po klatkach schodowych, zbieraliśmy niechciane ulotki, reklamy i gazety, a na koniec mając to już wszystko, szliśmy do lasu, żeby to jak najefektowniej spalić. Dziwne, no ale taką mieliśmy zajawkę. Eksperymentowaliśmy z różnymi rzeczami, które można było spalić, robiliśmy ogniska bez kiełbasek i po prostu nie mogliśmy nasycić się widokiem płomieni. Fenomenem ognia. Z czasem, już na poziomie innej szkoły, ta fascynacja zaprowadziła mnie w ramiona pewnej rośliny, w której objęciach spędziłem ładnych kilka lat. Wtedy było już mniej ognia, za to dużo  dymu. Tamten czas był dosyć ulotny i choć przeminął z wiatrem, to też trochę przeciekł przez palce.  


Stały

Wejście w dorosłość było dość toporne. Trochę jak kac. Zamanifestowało się poprzez zderzenie twarzy z  twardą jak skała rzeczywistością. W końcu tak długo bujałem w obłokach, że jak już trzeba było zejść na ziemię, to po prostu spadłem. Nie jak anioł. Bolało. Nie wiem czy trzeba tu coś jeszcze dodawać, żeby podkreślić analogię tego okresu życia do tego stanu skupienia. Nagle okazało się, że świat zbudowano z materii niechętnie poddającej się obróbce, a każdą zmianę poprzedza ciężka praca. Słowem, rzeźba. 


Zebrawszy całe to, wątpliwej jakości, ale jedyne jakie miałem pod ręką, doświadczenie życiowe, zacząłem grać według reguł, których dopiero co się nauczyłem. Balansowałem między stanami skupienia, które starałem się naśladować. Być jak woda, kiedy trzeba wykazać elastyczność, być tak niezawodnym, żeby ludzie mogli iść po pomoc do mnie jak w dym i być jak skała kiedy trzeba bronić swoich racji. Pozwólcie jednak, że przemilczę z jakim skutkiem to naśladownictwo się udawało. Na szczęście, na tym etapie życia, pod pewnymi względami, czas już gra na moją korzyść. Mozolnie nabierałem wprawy w sprawnym poruszaniu się po życiu. Jak świat długi i szeroki, pewnych rzeczy nie przeskoczysz i musisz się po prostu zdać na stary dobry czas. Z tego względu, że zaczął on odgrywać coraz ważniejszą rolę, to nabrał w końcu pełnoprawnego miana czwartego wymiaru w moim, do tej pory, trójwymiarowym równaniu. Oczywiście, taka zmiana zaburzyła symetrię kreślonej przeze mnie paraleli, ale tu właśnie dochodzimy do sedna. Od jakiegoś czasu bowiem odczuwam nowy stan skupienia świadomości, coś jakby pomiędzy stałym, ciekłym i gazowym, pulsujący na granicy odrealnienia. Roboczo nazwany psychodeliczną trzeźwością. 


W tej perspektywie wszystko jest inne, nowe i ekscytujące. Czas już nie przecieka przez palce, świat nie jest litą skałą, a jedno i drugie bywa plastyczne i daje na siebie wpływać siłą woli, która w jakiś magiczny sposób nabiera mocy sprawczej zamiast ulatniać się zaraz po wyjściu ze sfery marzeń. Synchronizacja chaosu. Samospełniające się życzenie. Coś jakbym założył różowe okulary i wziął kwas, a przecież nie założyłem i nie wziąłem. No i właśnie to jest takie dziwne uczucie, które nie bardzo wiem jak wyjaśnić, a jedyne co przychodzi mi do głowy to wyświechtane slogany typu najlepszy haj daje życie. Mimo, że nigdy nie lubiłem takich coachowych tekstów, to chyba zaczynam w nie wierzyć. Kto by pomyślał. Kiedyś taką pozytywną postawę wobec świata nazwałbym naiwną, patrząc z góry, z pozycji dyletanta wyobrażającego sobie siebie samego jako niezrozumiałego poetę, wyśmiałbym jako płytką. A dzisiaj? Śmiać mi się chce, ale z tej własnej martyrologi, to dopiero było naiwne. W każdym razie dzisiaj odczuwam na własnej skórze ten życiowy haj i radość z prostych przyjemności, z bycia obecnym tu i teraz bez uciekania się w stymulowany używkami nastrój. Może trochę tych złych nawyków i kategorii myślowych, chcąc nie chcąc w przeszłości nabrałem i dlatego nie umiem znaleźć lepszego opisu tego uczucia bez odniesień do haju, ale trudno. Tak to czuję. Jakby wszystko było w zasięgu ręki, jakby świat nie istniał tak całkiem odrębnie ode mnie, a raczej w obrębie mnie. Czuję jedność i zrozumienie. Słyszę chichot wieczności. Widzę szanse a nie przeszkody. Życzę Ci tego samego, psychodelicznej trzeźwości.  

0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie